Jest godzina 6 rano i właśnie zakończyła się druga część
Tolkienowskiej trylogii. To już 7 godzina spędzona
przed ekranem. Fotele stają się coraz bardziej niewygodne, powieki coraz
cięższe. Wielu nie wytrzymało i pokusiło się o przymknięcie oczu.
Ale nie my, dzielni Tolkieniści! Posiłkując się hektolitrami
kawy, popijanymi hektolitrami Red bulla wytężamy wzrok, aby nie
utracić ani jednego momentu z reżyserskich wersji „Władcy”.
A jest na co
popatrzeć!
Sami nie spodziewaliśmy się tylu „ssskarbów” od Petera
Jacksona, które zmieniają film, w stosunku do wersji oryginalnej. Hobbickie przyśpiewki,
wiersze Entów, rozbudowane historię postaci drugoplanowych (ah! Jaką piękną
okazję miał Faramir do zrehabilitowania swojej postaci!).
Wszystko to, i jeszcze więcej dodaje splendoru fantastycznej
krainie jaką jest Śródziemie.
Jako zapalona Tolkienistka mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że czuję się spełniona.
PJ wykonał naprawdę kawał dobrej roboty, oddając w pełni
klimat książki, i wręcz na naszych oczach ożywiając bohaterów.
Zapytacie pewnie, czy było warto zarywać całą noc tylko po to,
aby pooglądać w kinie jakiś tam film?
Ale idąc na Władcę,
nie czujemy się, jakbyśmy szli do kina na jakiś tam film, a bardziej jakbyśmy
udawali się do odległej krainy „po drugiej stronie ekranu”, gdzie czas staje w
miejscu, magia ożywa, i pochłania nas doszczętnie, nie pozwalając zasnąć ani na
chwilę.
Przed nami jeszcze jedna, ostatnia część: Powrót Króla, ale
już teraz mogę odpowiedzieć, i zdania na pewno nie zmienię:
Tak, Warto!
Tak, Warto!
p.s. A na dokładkę zdjęcie „ na gorąco” kilku śpiochów i
kilku zapaleńców z sali :)
![]() |
| Fot. A.C. |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz